798px-Arco_di_Giano

Dwie twarze boga Janusa

Dobiegł końca rok 2015… Kiedy to się stało? – pytam sam siebie ze zgrozą, a wielu innych głowi się pewnie podobnie. Kolejne 365 dni przeciekło między palcami, a życiowe ambicje jak stały w miejscu, tak stoją. Pozostaje mieć nadzieję, że najlepsze jeszcze przed nami, jak przed młodym Juliuszem Cezarem, o którym Plutarch pisze, że zapłakał, gdy zdał sobie sprawę, że tak niewiele w swoim życiu osiągnął, podczas gdy wielki Aleksander miał w jego wieku już cały świat u stóp.

Via del Velabro

Nie przypadkiem myśli moje zabłąkały ku Śródziemnomorzu. Nas, ludy Północy, dręczy bowiem głód ciepła i światła, a staje się on wyjątkowo dokuczliwy w depresyjne miesiące zimy. Sam Goethe na łożu śmierci wraz z ostatnim tchnieniem wydał tęskny jęk Mehr licht! Mehr licht! (Więcej światła!). Niestety, nie jesteśmy bocianami, abyśmy mogli na przykry czas zimy opuścić Północ, na przemian chłostaną wiatrem i spowitą mgłą, tak że pozostaje nam nawiedzić południowe kraje na skrzydłach wyobraźni.

A więc lećmy! Za cel wyznaczam Wieczne Miasto, a konkretnie via del Velabro, niewielką uliczkę u stóp cesarskiego wzgórza Palatyn. Znajduje się przy niej niepozorna, starożytna ruina zwana łukiem Janusa. Jest to jedna z pośledniejszych atrakcji archeologicznych w Rzymie i mało który turysta zadaje sobie trud zboczenia z wytyczonych przez bedekery ścieżek, aby ją zobaczyć. Trudniej jednak o bardziej stosowne miejsce do tego, aby w ostatnich chwilach roku skojarzyć w jedno koniec starego i początek nowego, starożytność i współczesność, przeszłość i przyszłość.

Tryumfalny łuk przy via del Velabro, chociaż pomyślany był jako pomnik wspaniałości Miasta i cesarza, w naszych oczach jawi się przeciwnie, jako świadectwo upadku tamtej cywilizacji. Zbudowano go w okresie późnego cesarstwa, w IV w. po Chr., a jako budulec wykorzystano tzw. spolia, czyli elementy rzeźbiarskie bezceremonialnie wyszabrowane z obiektów z już istniejących. W ten sposób, kanibalizując własną przeszłość, Rzymowi przez czas pewien udawało się utrzymywać pozory dawnej świetności, choć za tą dosztukowaną fasadą nie kryło się już zgoła nic.

Łuk przy via del Velabro posiada niezwykłą, zdwojoną formę, dzięki czemu można pod nim przejść zarówno z północy na południe, jak i ze wschodu na zachód. Z powodu tego kształtu fantazja renesansowych miłośników starożytności nadała ruinom miano „łuku Janusa”, kojarząc zdwojony kształt ze zdwojonym obliczem starorzymskiego boga o tym imieniu. W ten sposób w jedno połączone zostało materialne świadectwo dekadencji Rzymian ze wspomnieniem bóstwa, które towarzyszyło im u zarania ich dziejów.

Od Janusa do Jezusa

Niezwykły to był bóg, tak starożytny i wrosły w rzymską obrzędowość, że jako jeden z nielicznych przetrwał proces hellenizacji, w wyniku którego italski panteon zlał się w jedno z bogami greckimi, Jowisza utożsamiono z Zeusem, Minerwę – z Ateną itd. Rzymianie wyobrażali sobie oblicze Janusa w niezwykle osobliwy sposób, mianowicie na podobieństwo bliźniąt syjamskich zrośniętych ze sobą tak, że tworzyły jedną głowę z dwoma twarzami zwróconymi w przeciwnych kierunkach. Owa groteskowa powierzchność znakomicie uzewnętrzniała charakter bóstwa, opiekował się bowiem Janus wszelkimi bramami, przejściami, początkami i końcami, a dwoje par oczu pozwalało wpatrywać się z równą uwagą i w przeszłość, i w przyszłość. Niektórzy artyści uwydatniali tę dychotomię, nadając jednemu z obliczy Janusa gładką powierzchowność młodzieńca, a drugiemu brodę starca.

Nieprzypadkowo to jego właśnie imię nosił pierwszy miesiąc roku w rzymskim kalendarzu, Januarius, stanowiący swoistą „bramę” w roczny cykl. W pierwszy dzień tego miesiąca swoje urzędy obejmowali wszyscy najważniejsi urzędniczy Republiki z konsulami na czele. Nazwa Januarius, pomimo upływu tysięcy lat, przetrwała w zdecydowanej większości języków europejskich, a polszczyzna jest jednym z nielicznych odszczepieńców od antycznej tradycji.

Nazwa Januarius przetrwała, ale sam początek roku w erze chrześcijańskiej nie zawsze przypadał na 1 stycznia. Wraz z upadkiem świata starożytnego, rozbiciu uległ również dawny kalendarz, a na jego gruzach wykwitły niezliczone tzw. „style” chronologiczne. I tak dla przykładu według stylu bizantyjskiego pierwszym dniem roku był 1 września, a według marcowego – 1 marca. Styl Narodzenia Pańskiego uważał za ten dzień święto Bożego Narodzenia 25 grudnia, a styl Zwiastowania Pańskiego – datę wcześniejszą o dokładnie dziewięć miesięcy maryjnej ciąży, czyli 25 marca. Dopiero u zmierzchu średniowiecza przewagę na powrót zaczęła uzyskiwać data 1 stycznia, jednak w osobliwy sposób schrystianizowana. Przyjmując ponownie za punkt odniesienia dzień 25 grudnia, stwierdzono, że zgodnie z żydowskim zwyczajem obrzezanie Dzieciątka Jezusa musiało nastąpić w osiem dni później, czyli 1 stycznia właśnie. Rok nasz liczymy więc a Circumcisione, czyli od Obrzezania Pańskiego. Historia znów splata naszą codzienność w jedno z zamierzchłą przeszłością pogańską i chrześcijańską.

Nihil novi sub sole

Wróćmy raz jeszcze nad Tyber, jednak zapomnijmy już o łuku przy via del Velabro, który nie miał nigdy nic wspólnego z kultem Janusa. Jego prawdziwa świątynia znajdowała się w sercu miasta, przy słynnym Forum Romanum, a konsekrował ją ponoć sam Numa Pompiliusz, drugi król Rzymu i pierwszy wielki prawodawca tego miasta. Parandowski w swojej „Mitologii” tak opisuje ten nieistniający już budynek: Była to po prostu prastara brama z najdawniejszych obwarowań, którą dla szczególnej świętości zachowano, gdy owe mury rozsypały się po wzroście miasta. Jej czarne, omszałe ściany, zbudowane z nierównych bloków kamienia, okryto płytami brązowymi, a wewnątrz ustawiono posąg boga.

Rzymianie związali z bramą Janusa osobliwy rytuał – zamykali je tylko wtedy, gdy nie prowadzili wojny z żadnym ludem, a w całym państwie panował pokój. Dość powiedzieć, że przez cały czas trwania ich państwa brama ta została zamknięta zaledwie kilka razy, a każda taka uroczystość była odnotowywana jako wielkie wydarzenie. Tak, tak – Rzymianie byli prawdziwymi synami Wilczycy, narodem wojny, to z niej i dla niej żyli. W czasach swojej świetności nieśli ją innym (Pozwól, Cezarze, gdy zdobędziemy cały świat, gwałcić, rabować, sycić wszelkie pożądania – śpiewał Kaczmarski), a w czasach upadku to najeźdźcy zanosili pożogę w granicę gnuśniejącego mocarstwa. Upadli na duchu władcy świata próbowali się przed nimi bronić, na nowo zamykając swoje dostatnie miasta w pierścienie murów obronnych, jednak to nie wystarczyło. W 410 r. kolebka imperium została złupiona przez Wizygotów. Roma capta! (Rzym wzięty!) – rozległ się wtedy okrzyk przerażania od Atlantyku po Eufrat, jednak kiedy w 455 r. wyczyn ten powtórzyli Wandalowie, zobojętniały na apokaliptyczne klęski świat tylko wzruszył ramionami, tak samo jak my przełączamy na inny kanał, gdy z telewizji płynie jazgot o kolejnym zamachu.

To było dawno, ale czy tak wiele się zmieniło od tamtych czasów? Czy na naszych oczach nie kruszeje pax Americana i nie rozpada się porządek świata takim, jakim go znamy? Ironią losu jest to, że dwa tysiące lat temu cywilizowane Południe uginało się pod naporem „barbarzyńców” z dzikiej Północy, a obecnie to bogata Północ wydaje się być bezradna wobec naporu migrantów z biednego Południa. Zmieniły się kierunki geograficzne, cywilizacje i religie, ale strach i niepewność pozostają te same. Nic nowego pod słońcem – skwitowałby biblijny Kaznodzieja. Tak jak Rzymianie próbujemy się bronić, grodząc się – dosłownie i w przenośni – murami. Czy tym razem nas obronią?

I tak, na przekór moim pragnieniom, historia sprowadziła nas z promiennego antyku ku lękom naszej współczesności. Jest to jednak, na szczęście, tylko jedno oblicze dziejowego Janusa, podczas gdy drugie dostarcza nam pocieszenia i otrzeźwienia. Nietrudno zauważyć, że prawie każde pokolenie trwa w megalomańskim przekonaniu, że świat, jeśli nie ginie na jego oczach, to przynajmniej całkiem schodzi na psy. Nasi rodzice trzęśli się na myśl o wojnie atomowej, dziadkowie przeżyli „apokalipsę” drugiej, a pradziadkowie pierwszej wojny światowej. I starożytni nie byli lepsi – Grecy w mniemaniu swoim żyli w ostatniej, najbardziej parszywej epoce w dziejach ludzkości, którą nazywali żelazną – a minęło od tego czasu blisko trzy tysiące lat! Nie dajmy się więc zwariować pesymistom wieszczącym rychły upadek i za dobrym wojakiem Szwejkiem wejdźmy w nowy, 2016 rok z maksymą: Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Myślę, że Janus zgodziłby się z tą krzepiącą myślą, bowiem kiedy spojrzymy na jego wizerunki z dawnych monet, zauważymy, że i w przeszłość, i w przyszłość spoglądał on z łagodnym uśmiechem.

Zbigniew Przybyłka

Zbigniew Przybyłka

Rocznik 1990. Urodzony i zamieszkały w Tychach, z urodzenia Ślązak, z wykształcenia historyk. Student Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach i przewodniczący NZS na tej uczelni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *