pampeluna hiszpania erasmus

Erasmus, czyli program – legenda | Hiszpania

 W wielu wrocławskich klubach można spotkać tłumy studentów z różnych krajów, a na pytanie: „Skąd jesteś?” usłyszymy: „Erasmus!” Czy program stworzony, aby zdobywać doświadczenie na zagranicznych uczelniach nadal spełnia swoją funkcję dydaktyczną? Czy Erasmus to tylko impreza czy może jeszcze trochę studiowanie?

Wybierając studia bardzo mocno zastanawiałam się nad uczelnią zagraniczną ze względu na poziom, naukę języka i, przede wszystkim, zmianę klimatu. Jednak to właśnie klimat finansowy zdecydował, że wybrałam kierunek na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Nie chcąc rezygnować z wyjazdu, zaczęłam szukać innych możliwości. Na ratunek przyszedł mi Erasmus, czyli Lifelong Learning Program. Jeszcze będąc na pierwszym roku studiów poszłam na spotkanie informacyjne, aby swój trzeci semestr spędzić na drugim końcu Europy. Żyć nie umierać, prawda?

Otóż i tak, i nie. Sterta dokumentów, która czekała na wypełnienie, zdecydowanie przekraczała normę a jak się później okazało, nawet złożenie wszystkiego o czasie nie gwarantowało miejsca na wymarzonej uczelni. Ostatecznie miejsca w Danii dla mnie nie było, za to Hiszpania była gotowa przyjąć mnie z otwartymi ramionami. I tak oto pojechałam do Pampeluny – miasta słynącego z klubu piłkarskiego Osasuna Pampeluna, zamiłowania do corridy oraz nad wyraz niskich temperatur jak na jeden z cieplejszych krajów Europy.

Tydzień inauguracyjny dla zagranicznych studentów rozpoczął się w ostatnim tygodniu sierpnia. Był to czas, w którym mogliśmy podpisać wszelkie dokumenty potwierdzające nasze przybycie oraz wybrać kursy, na które będziemy uczęszczali. Ja wyjechałam na semestr zimowy, który trwa od września do połowy stycznia. Ostatnie dwa tygodnie są zwykle przeznaczone na egzaminy. Pierwszym zaskoczeniem był czas zajęć. Były prowadzone po 2 godziny. Bez przerw. Cały dzień. Uciekać czy poczekać na rozwój wydarzeń? Zalecam przeczekanie, bo prowadzący nie dość, że niebywale sympatyczni i wręcz każą mówić do siebie per „ty”, to nie dadzą umrzeć z przemęczenia. Dodatkowo, wszystkie zajęcia są prowadzone w formie warsztatu, często przez gości, którzy są specjalistami w danej dziedzinie. Wykłady raczej nie są praktykowane, więc nie zabierajcie ze sobą sudoku. Jako Erasmus nie wybierałam kierunku studiów, a jedynie konkretne przedmioty na danym wydziale. Podstawowym celem jest osiągnięcie wymaganej liczby ECTS. Dzięki temu systemowi w tygodniu miałam jedynie 6 przedmiotów. Osobiście polecam chodzenie na zajęcia. Pomijam fakt, że niektórzy prowadzący po przekroczeniu magicznej liczby dwóch nieobecności nie chcą zaliczyć zajęć, ale podczas nauki do testów międzysemestralnych (ekwiwalent naszego kolokwium), które są przeprowadzane co najmniej raz miesiącu, brak notatek może mieć swoje poważne konsekwencje. Mimo że w czasie zajęć jest miło i przyjemnie, to egzaminy semestralne do najprzyjemniejszych już nie należą. Tym bardziej, że testy pisze się w ogromnej sali, a całość można porównać do naszej rodzimej matury. Na koniec otrzymuje się wyniki w skali 1-10 ale to dopiero 5 zapewnia zaliczenie przedmiotu.

Szukanie mieszkania w obcym kraju niewiele różni się od tego jak to wygląda w Polsce. Ceny jak z kosmosu, a standard bywa różny. Jeżeli chodzi o akademiki, te wyglądają jak mini apartamenty z łazienką i kuchnią. Pełen luksus. Cena jest równie luksusowa. Za miesiąc pobytu w budynku godnym wzięcia na niego kredyt hipoteczny, zapłacisz nawet cały miesięczny grant otrzymywany z rodzimej uczelni. Dużo? Tak, ale różnica między wynajmem mieszkania  ze znajomymi w bliżej nieokreślonej lokalizacji a akademikiem 3 min od uczelni jest niewielka. Szczególnie rano gdy okazuje się, że zaspałeś na zajęcia. Jeżeli jednak już mieszkasz w pewnej odległości od kampusu i dojeżdżasz autobusem, to w sklepach z tytoniem możesz zaopatrzyć się w kartę, którą można zakodować na wybraną ilość przejazdów. Można też płacić każdorazowo kierowcy gotówką, ale kto ma na to czas? I drobne?

Skoro jesteśmy już przy temacie pieniędzy, porozmawiajmy o sklepach. Standardowo zakupy żywnościowe można zrobić w całkiem przystępnej cenie w sklepach typu Dia, które są odpowiednikiem rodzimej Biedronki. Ale nie samym jedzeniem człowiek żyje i czasem trzeba się ubrać. Co wtedy? Prosić o przesłanie paczki z kurtką jesienną czy kupić na miejscu? Odpowiedź jest prosta – to zależy. Jeżeli jesteście fanami hiszpańskiej spółki Inditex, polecam zaopatrzyć się na miejscu i nie przepłacać. Zresztą, każda wymówka jest dobra, żeby kupić sobie kolejną parę spodni, prawda?

Przyznaję się bez bicia, Hiszpania nie była krajem, do którego chciałam jechać. Wydawało mi się że jedyne czym będę się tam zajmowała to wybór imprezy na dany wieczór, a uczelnia zejdzie na drugi plan. Otóż było to bardzo naiwne i jakże mylne podejście. Hiszpania, czy jakikolwiek inny kraj, nie różni się wiele w tej kwestii od Polski. Oczywiście, jesteśmy młodzi, bawimy się i podróżujemy. Jednak wszystko ma swoje miejsce i czas.

To może tak na koniec kilka złotych rad.

Złota rada nr 1 – Zanim wybierzesz miasto, sprawdź połączenia komunikacyjne. Ja, żeby dostać się do Pampeluny, musiałam spędzić minimum 17 godzin w podróży. Nie polecam. Szczególnie w okresie świątecznym.

Złota rada nr 2 – Po prostu rozmawiaj! Wyjeżdżając do Hiszpanii znałam jedynie język angielski a po powrocie komunikuję się na poziomie podstawowym w języku hiszpańskim. Warto znać angielski jednak nie bój się – nawet jeżeli nie czujesz się pewnie rozmawiając w tym języku, nikt nie jest ideałem, a przebywanie w międzynarodowym towarzystwie jest świetnym sposobem na podszlifowanie swoich umiejętności.

Złota rada nr 3 – Gotuj. Osobiście wolałam gotować sama lub ze znajomymi. Było taniej, niekoniecznie smaczniej, ale zawsze był to świetny sposób, aby spędzić czas w miłej atmosferze. Robiąc hurtowe zakupy w sklepie Dia, miesięcznie można oszczędzić na jeden nocleg w centrum Madrytu. Kalkuluje się.

Pół roku w Pampelunie udowodniło mi, że Erasmus to nie tylko jedna wielka impreza ale też nauka. Inne podejście prowadzących oraz metody nauczania różniące się od tych na polskich uczelniach sprawiły, że nawet najtrudniejszy egzamin nie był straszny. Doświadczenia zdobyte podczas takiego wyjazdu to coś więcej niż podręcznikowa wiedza. Wracając do domu wiedziałam, że wracam bogatsza o przeżycia, które na zawsze zmieniły moją perspektywę. Bardzo tęskniłam za rodziną i przyjaciółmi, brakowało mi ojczystego języka oraz klusek śląskich mojej babci. Ale na pytanie: „Czy warto?” zawsze odpowiem tak samo: warto. Bez dwóch zdań.

Katarzyna Łyszkiewicz
NZS Uniwersytetu Wrocławskiego

Autor Gościnny

Autor Gościnny

Artykuły pisane przez autorów, występujących na blogu NZS gościnnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *