orkiestra OSP Żarki v2

Mundur, klarnet i dekada z orkiestrą dętą przy OSP Żarki

Historia z życia wzięta, czyli opowieść o 10 latach gry na klarnecie w orkiestrze dętej z małej miejscowości, o ludziach, którzy stali się drugą rodziną, o pasji, z której się nie wyrasta i dyscyplinie, dzięki której osiągnęłam w życiu tak wiele.

Minęło 10 lat, odkąd wstąpiłam do orkiestry dętej przy Ochotniczej Straży Pożarnej w Żarkach. Miałam 12 lat i na słupie ogłoszeniowym w mojej małej miejscowości zobaczyłam ogłoszenie na żółtym papierze. Szukali osób do orkiestry. Wiedziałam, że gra tam mój wujek i jego sąsiad, poza tym znajomy ze szkoły. Pomyślałam, że może i ja spróbuję? Słuch mam, w chórkach śpiewałam, czemu by nie?

Poszłam na pierwsze zajęcia. Nieznajome twarze, starszy kapelmistrz, rekrutacja na podstawie zaśpiewanego fragmentu, chyba „Sto lat”. Propozycja nauki gry na klarnecie.

Spotkania w poniedziałki w celu nauki, instrument dostaję. Podobało mi się. Mijały lata, zaczęłam grać z całą orkiestrą na niedzielnych (i czasem piątkowych) próbach. Dostałam swój mundur, liczba zeszytów z nutami wzrastała, a przy okazji do kieszeni wpadały drobne, zarobione kwoty, prawie jak kieszonkowe.

Nie zawsze było łatwo. Wybierałam między zuchami a orkiestrantami. Poszłam za głosem serca – zuchy rozwiązały się w niedługim czasie. Kolizja między służbą lektorki przy ołtarzu, a grą w orkiestrze (podczas uroczystości kościelnych). Wybrałam mundurowych.

Jeździliśmy na przeglądy, graliśmy na uroczystościach kościelnych i państwowych,  kłóciliśmy się (tzn. dyskutowaliśmy) na próbach. Corocznie ustalaliśmy ważne kwestie na Walnym Zebraniu Członków (dla 14-latki to było jedno z nudniejszych spotkań w roku, z wiekiem zaczęłam doceniać ich sens); w maju jeździliśmy do Wadowic, w wakacje na krótkie wycieczki.

Przekrój wiekowy 9-70+, zdecydowana większość płci męskiej. Lubiłam cotygodniowe spotkania, grę na instrumentach, stałe doskonalenie się i tego, co potrafimy. To tam poznałam pierwszą miłość, to podczas dyskusji obserwowałam „świat dorosłych”. Taka druga rodzina, w której znajomości nie ograniczały się do sali prób.

Klarnet. Lubiłam jego dźwięki. Ćwiczenia uspokajały, za to strasznie irytowały naszego czworonoga, co mocno akcentował intensywnym szczekaniem. Nieważne, że jako uczulona na nikiel miałam regularną wysypkę po metalowych klapach, a i drewniany stroik regularnie powodował reakcje alergiczne. To nie było ważne. Liczył się klarnet i gra. Najlepsze dźwięki miał ten drewniany – plastik, może i lżejszy, ale brzmienie nie było już takie samo

Dzisiaj oddałam instrument, nuty, mundur. Studiuję już 4. rok, a okazuje się, że zapewne w malowniczym Wrocławiu spędzę jeszcze co najmniej kilka dobrych lat. W domu bywam rzadko, więc i tak nie mam okazji grać z orkiestrą. A instrument przyda się kolejnej osobie.

Zrobiło się trochę smutno, ale przecież to nie koniec. Na pewno orkiestrę odwiedzę jeszcze nie jeden raz i jeżeli moja przyszłość związana byłaby z powrotem w rodzinne strony, to naturalny byłby powrót do orkiestry.

Wszystko się zmienia. Miłość do klarnetu pozostaje, a umiejętności gry się nie zapomina (tak jak jazdy na rowerze). Minęło 10 lat. Dekada i niezliczona liczba ludzi, którym wiele zawdzięczam. Ukształtowała mnie dyscyplina prób w domu, chodzenia na prób całej orkiestry, gry na uroczystościach i przeglądach (pobudka o 4.30 na rezurekcję). Wirtuozem nie zostałam, ale i tak zyskałam tam bardzo wiele.

Niektórzy szukają pasji latami, ja moje odnalazłam bardzo szybko. Literatura towarzyszy mi na studiach i blogu książkowym http://anianotuje.pl, a muzyka, skoro nie w duecie z instrumentem, to może w tańcu?

Anna Maciąg

Anna Maciąg

Studentka administracji i prawa. Autorka prawniczego bloga Kobieca Strona Prawa (kobiecastronaprawa.pl), kochająca słowo pisane zarówno językiem literackim jak i prawniczym. O książkach i ustawach porozmawiasz z nią przy herbacie lub na spacerze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *