stop anty recenzje filmów

Największe kinowe rozczarowania 2015

Początek stycznia to okres skrupulatnych podsumowań. Rozmaici ,,księgowi” podliczają stary rok, przeglądając dokładnie wszystkie jego postanowienia i ich realizację, żeby wystawić odpowiedni raport z wykonania planu. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się w tych rachunkach filmy. Przed państwem lista pięciu największych kinowych niewypałów ostatniego roku!

5) Uprowadzona 3

Po czym poznać, że seria się wypaliła i trzeba ją dyskretnie zakończyć? Ano, chociażby po tym, że Liamowi Neesonowi uprowadzono już wszystkich możliwych członków rodziny. Niestety, twórcom kolejnej części przygód Bryana Millsa najwyraźniej to nie przeszkadzało, dlatego wypuścili film zatytułowany Uprowadzona, w którym nikt nikogo nie uprowadza. Zabawne, prawda? Gwarantuję, że nie tak zabawne, jak dalsze żarty z logiki w wykonaniu scenarzystów. Choć kino akcji generalnie nie grzeszy wiarygodnością i realizmem, to jednak najnowsze dziecko duetu Besson&Kamen wdrapuje się na nieznane dotąd wyżyny absurdu. Dodatkowo, większość ciekawszych wizualnie scen kręcona jest na zasadzie ,,potrzęsiemy mocno kamerą, to będzie dynamicznie”. Efekt końcowy jest taki, że widz chce uprowadzić samego siebie, byleby tylko przerwać seans.

4) Fantastyczna czwórka

Historia czwórki badaczy, którzy nagle stają się superbohaterami, przypomina mi poszukiwanie ropy naftowej w Polsce. Raz na jakiś czas ktoś wpadnie na pomysł, żeby wydać kupę kasy na całe przedsięwzięcie, narobi szumu, nadziei, zbierze potężną ekipę i… musi włożyć drugie tyle roboty w zamiatanie wszystkiego pod dywan, a wszyscy, którzy w wydarzeniu uczestniczyli, dość nerwowo reagują na pytania z nim związane. Ach, no i za każdym razem na początku mówi się, że to ma być ,,pewnik i gwarantowany sukces”. Nowy film o przygodach doktora Richardsa i spółki wypada bardzo mizernie pod każdym względem. Scenariusz bawi się różnymi konwencjami i popada w lekki eklektyzm, co zbija widza z tropu. Efekty specjalne pozostawiają wiele do życzenia. Co więcej, miejscami ma się wrażenie, że aktorzy są swoją rolą zażenowani – grają sztucznie i jakby od niechcenia. W tej sytuacji zapowiedzi reżysera o planowanym sequelu trzeba odebrać jako groźby.

3) 50 twarzy Greya

Jeśli ktoś próbował wam wmówić, że ekranizacja głośnej (a nawet: wrzaskliwej) powieść E.L. James ma być czymś więcej niż zwykłą próbą wyłudzenia pieniędzy od (ech, te słowa z trudem przechodzą przez klawiaturę) f a n ó w  k s i ą ż k i, to po pierwszych dziesięciu minutach filmu możecie śmiało wysypać mu popcorn na podłogę albo zalać colą nachosy. Zapytacie więc: dlaczego film ów widnieje na liście rozczarowań, skoro z góry było wiadomo, o co chodzi? Otóż decydowałem się go tu umieścić, gdyż chciałem dać upust emocjom, które zrodziły we mnie setki osób myślących, że 50 twarzy Greya to świetny pomysł na walentynki romantyczne i pikantne zarazem. Cóż, zamysł równie trafiony jak atak na Rosję zimową porą.

2) SPECTRE

Choć wiele osób przeciera teraz pewnie oczy ze zdumienia, to dla mnie najnowszy film o przygodach Agenta 007 jest kompletną porażką. Miał być spektakularnym pożegnaniem z Danielem Craigiem jako Jamesem Bondem, zrealizowanym w najlepszym stylu znanym z Casino Royale. Niestety, okazał się przeładowaną bajerami bajką, przywodzącą na myśl dość męczące w swej tandetności filmy z Piercem Brosnanem – Świat to za małoŚmierć nadejdzie jutro. SPECTRE nie uratował nawet Christoph Waltz – jego rola była po prostu za słabo napisana. Czarę goryczy przelała Monica Bellucci. Podczas dosłownie trzech minut ekranowej obecności wywołała u mnie wrażenie, że jej postać została dopisana do scenariusza ,,po starej znajomości”.

1) Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy

Kiedy tylko usłyszałem, że prawa do sagi Star Wars nabył Disney, w głowie kołatały mi się słowa: I have a bad feeling about this. Nie wiem czy było to natchnienie Mocy, czy może zwykły brak wiary w to, że wytwórnia, której największym sukcesem w kwestii personalizacji zła jest lew Skaza, da radę udźwignąć brzemię Dartha Vadera i ukazać jego demonicznego wnuka w sposób charakterystyczny dla ,,starej trylogii”. Tak czy siak – nie myliłem się. Choć w filmie zgromadzono wszystko, co śni się miłośnikom cyklu po nocach – Hana Solo, księżniczkę Leię, Sokoła Millenium – to Przebudzenie Mocy jest, tuż obok Mrocznego Widma, najsłabszą częścią sagi. Wszystko szwankuje już na poziomie scenariusza – założę się, że jego twórcom przyświecała idea ,,Na co komu logika, skoro są efekty specjalne?”. Nie jestem fanatykiem Gwiezdnych Wojen – może gdybym nim był, odebrałbym ten film inaczej. Ale sądzę, że nawet najwięksi fani sagi poczuli się zrobieni w, powiedzmy eufemistycznie, bambuko, kiedy Luke Skywalker, postać, której powrót na ekran był niejako motorem całej produkcji, przez całe dziesięć sekund swojej roli stał i milczał. No, ale przynajmniej nie było tam Jar Jara Binksa.

Jakub Wiech

Jakub Wiech

Miłośnik literatury i kina. Uwielbia wertować półki antykwariatów w poszukiwaniu dzieł, o których nikt już nie pamięta. Skupiam się głównie na przerzucaniu mostów między różnymi dziedzinami kultury i sztuki, badam więc związki literatury i kina, kina i malarstwa, malarstwa i poezji... i tak bez końca!

1 Comment

  1. O ile zdania na temat The Force Awakens są podzielone (chociaż 8.4/10 na IMDB to dosyć zacny wynik, a i mnie film przypadł do gustu) na duży plus należy zaliczyć sam fakt powrotu Star Warsów do naszej popkulturowej codzienności. Dla jednych to odświeżenie migawki z dzieciństwa, a dla innych powód do zainteresowania się całą sagą.

    Co ciekawe, gdyby nie powrót hype’u na Gwiezdne Wojny, nigdy byśmy nie doświadczyli eksplozji najnowszej teorii, mówiącej, że Jar Jar Binks jest potężnym Lordem Sithów i miał być głównym złym trylogii prequelów, na co wskazuje szereg scen ze znienawidzonego Mrocznego Widma, link poniżej, warto :)
    https://www.reddit.com/comments/3qvj6w

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *