night-911712_1920

Tegoroczne wakacje spędziłam w USA. Brzmi fajnie? Dokładnie tak było!

Jestem studentką komunikacji wizerunkowej na Uniwersytecie Wrocławskim. Od najmłodszych lat moim marzeniem było stanąć na Times Square w Nowym Jorku i poczuć tę niesamowitą atmosferę pokazywaną w filmach. W tym roku udało mi się je spełnić.

Dzięki firmie Camp Leaders, o której dowiedziałam się zupełnie przypadkiem, bo podczas imprezy w akademiku, wyjechałam na 4 miesiące do Stanów. Zaczęło się od rozmowy z konsultantką regionalną, która dokładnie mi wytłumaczyła, na czym polega program. Jest to wyjazd typu work&travel, czyli przez 10-12 tygodni pracujemy, a następnie do miesiąca możemy zwiedzać całe Stany.

Następnie czekało mnie założenie konta na campleaders.pl, podpisanie umowy, rozmowa z pracodawcą, wizyta w konsulacie, no i WYLOT!

Tak, to jest takie proste! Sama byłam zaskoczona i nie chciałam w to wierzyć. Oczywiście po drodze czeka nas wypełnienie aplikacji, czyli: opis siebie, swoich zainteresowań i doświadczenia. Potem dołączanie wymaganych dokumentów, jak np. zdjęcie legitymacji studenckiej, zaświadczenie o niekaralności czy aktualny paszport. Najgorszym, bo najbardziej czasochłonnym, procesem jest wypełnianie wniosku o wizę. Zajmuje to około 2-3 godzin, ale zdecydowanie warto. Jest to już ostatni krok przed spotkaniem z konsulem, z którym rozmowa trwa dosłownie kilka minut i zupełnie nie ma się czego bać.

Pracę dostałam w resorcie Mount Washington w stanie New Hampshire. Piękna okolica, z dala od miejskiego zgiełku i jakichkolwiek problemów. Hotel przepiękny, wzorowany na tym z „Lśnienia” Stephena Kinga.

Pracowałam tam w jednej z 8 restauracji jako busser, czyli osoba odpowiedzialna za nalewanie wody oraz zbieranie talerzy ze stolików gości. Nie była to ciężka praca, chociaż w godzinach szczytu robiło się gorąco. Moim minimum do przepracowania było 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu. Ale wiadomo, każdy przyjechał tam zarobić na swoje późniejsze zwiedzanie. Dlatego też kiedy tylko była możliwość – brałam nadgodziny. Zdarzały się nawet tygodnie bez dnia wolnego z pracą od 6 do 23. Miałam szczęście mieć niesamowicie zgraną ekipę, więc chodzenie do pracy było przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem. Poznałam tam ludzi ze Słowacji, Czech, Węgier, Kolumbii, Indii oraz oczywiście z USA, z którymi nadal mam kontakt. W wolne dni zawsze dużo się działo i wspólnie organizowaliśmy wycieczki w góry, pływanie kajakami, granie w golfa, wyjazdy nad ocean albo na zakupy.

Menedżerka restauracji, w której pracowałam, była superbabką i to dzięki niej miałam okazję wyjechać do Miami jeszcze podczas pracy. Po zakończonym kontrakcie na resorcie miałam możliwość podróżowania po USA przez cały miesiąc, ja skorzystałam z 3 tygodni. Z koleżanką, którą poznałam podczas pracy, podróż zaczęłyśmy od Bostonu. Następnie lot do San Francisco – najładniejsze i zdecydowanie najdroższe miasto w USA. Dlatego skorzystałyśmy z couchsurfingu. Super sprawa! Trafiłyśmy do Lukasa – 28-letniego Brazylijczyka pracującego dla Twittera. Okazał się świetnym gościem, pokazał nam całe miasto, zabrał na obiad, a wieczorem zorganizował grilla dla nas i swoich znajomych na dachu apartamentu w którym mieszkał. Następnego dnia spotkałyśmy się z piątką znajomych, z którą kontynuowałyśmy podroż po Ameryce.

Wynajętym samochodem pojechaliśmy do Parku Narodowego Yosemite, Las Vegas, Grand Canyonu i Los Angeles. Działo się dużo, było bardzo intensywnie i męcząco. W szczególności w Vegas. Teraz zdecydowanie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że to miasto nigdy nie śpi. Tłumy ludzi, sklepy i kasyna otwarte 24/7, wieczna impreza. Szaleństwo, które polecam przeżyć każdemu, ale nie dłużej niż 2 dni..

A to nie był koniec naszej podróży. Z Miasta Aniołów polecieliśmy na Hawaje – póki co moje ulubione miejsce na ziemi. Niesamowicie przyjaźni mieszkańcy, piękna pogoda, domek na plaży, ciepły ocean i nurkowanie z żółwiami pośród pięknej rafy koralowej to są rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Po 8 dniach spędzonych w istnym raju przyszedł czas na dalszą podróż. Sześć godzin lotu i jesteśmy w Washingtonie. Oczywiście naszym głównym celem jest zobaczyć, jak mieszka prezydent. Oczekiwaliśmy ogromnego domu, wręcz pałacu, a zastaliśmy zaskakująco niewielki Biały Domek! Następnym punktem naszej wycieczki i już niestety ostatnim był Nowy Jork, gdzie spędziliśmy 3 dni. Miasto niesamowite, tętniące życiem, kolorowe i zaskakujące. Najlepiej obrazujące różnorodność stanów.

A teraz czas na konkrety, czyli pieniądze. Cały wyjazd kosztował mnie 2700 zł plus 160$ za wizę. Wyszło niewiele, a wspomnienia na całe życie! Pracując, zarobiłam tyle, że starczyło mi na te wszystkie wycieczki, imprezy, spore zakupy i jeszcze trochę przywiozłam do Polski. Dokładać nic nie musiałam, a nawet zarobiłam :)

Ale to tylko jedna z wielu korzyści. Warto wspomnieć jeszcze  o podszkoleniu języka, międzynarodowych znajomościach, fajnym punkcie w CV, jakim jest wymiana kulturowa z USA, oraz wydorośleniu – wyjeżdża się jako lekkomyślny student, a wraca jako osoba nastawiona na sukces.

Gorąco polecam WSZYSTKIM! I pamiętajcie: do odważnych świat należy!

Katarzyna Łazarska
Uniwersytet Wrocławski

Autor Gościnny

Autor Gościnny

Artykuły pisane przez autorów, występujących na blogu NZS gościnnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *